Recenzja Uprawy Odmiany Amnesia Haze od Royal Queen Seeds

Opublikowane przez Gonzo Lepke w dniu

Sezon na sianie zbliża się nieubłaganie. Miniony rok dla jednych z pewnością okazał się udany, a dla innych może wypadł nieco gorzej. Ale na szczęście nadchodzi nowy sezon i nowa szansa na osiągniecie sukcesu. Być może tym razem zechcesz skorzystać z nowych możliwości i dać szansę innej odmianie? Dokładnie tak zrobił Peter (imię zmienione). Był na tyle uprzejmy, że spisał i przesłał nam swoje ostatnie doświadczenia. Oto raport z jego uprawy odmiany Amnesia Haze od Royal Queen Seeds.

W ostatnich latach uprawiałem w swoim ogrodzie głownie odmiany o dominacji indici. Po prostu dlatego, że lubię relaks fizyczny, jaki następuje po ich zapaleniu. Podczas wizyty w Amsterdamie natknąłem się na trawkę, która naprawdę mnie przekonała. Pewnie sam bym nigdy tego zioła nie kupił, ale pewien facet zaprosił mnie do Coffeeshopu. Potem było dla mnie jasne, że ja też chcę uprawiać tę odmianę. Nie miała ona wiele wspólnego z indicą, ale to, co przekonało mnie do Amnesia Haze, to z jednej strony świetne ukamieniowanie ciała, a z drugiej strony naprawdę inspirujący haj.

Ponadto producent tej odmiany – Royal Queen Seeds – obiecuje plon sięgający do 600 gramów z rośliny w uprawie indoor. Trochę mnie martwiły długi okres kwitnienia wynoszący 12 tygodni, spodziewany wzrost i klimat, który w moim kraju (Holandia) jest raczej wilgotny. W końcu zamówiłem w sumie osiem nasion tej odmiany za około 65 euro. Ostatecznie wpływ na moją decyzję miał efekt jej działania oraz reklama przez samego producenta.

Moje Oczekiwania:

Reklama, jak wiadomo, to jedna rzecz. Recenzje uprawy to druga rzecz, jednak własne doświadczenia to zupełnie inny kaliber. Czytałem o zbiorze nawet 700 gramów, który jest możliwy na zewnątrz. Dowiedziałem się jednak również, że roślina odmiany Amnesia Haze w wersji pełnosezonowej jest wrażliwa na pogodę i szkodniki. Ponieważ okres kwitnienia tej odmiany ma trwać prawie trzy miesiące, a w naszych szerokościach geograficznych od połowy października klimat staje się dosyć niekorzystny, byłem trochę niepewny, czy będzie to dobry wybór.

Przecież rośliny fotoperiodyczne zaczynają u nas kwitnąć dopiero od połowy sierpnia. Tak więc należało się spodziewać od ośmiu do maksymalnie dziewięciu tygodni kwitnienia. Jak duże byłyby straty w zbiorach w porównaniu do pełnego okresu kwitnienia, który wynosi 12 tygodni. Miałem nadzieję, że w końcu uda mi się zebrać od 30 do 40 gramów suszu na roślinę. Zasadniczo odpowiadałoby to moim poprzednim plonom z ostatnich lat.

Profil Odmiany:

Po moim spotkaniu z Amnesia Haze w Amsterdamie poszperałem nieco w Internecie i najpierw przyjrzałem się genetyce tej odmiany i które szczepy zostały ze sobą połączone w celu jej stworzenia. W tym przypadku są to: Haze (kto by pomyślał?), Skunk #1 i Northern Lights #5. Wydaje mi się, że nie jest to zły wybór. Przy zawartości genów indica wynoszącej około 30 procent, geny Haze powinny być wyraźnie zauważalne.

Mimo to, Royal Queen Seeds podaje, że osiąga ona ostateczny rozmiar w uprawie indoor około 1,40 metra wysokości. Było mi to na rękę, ponieważ ze względu na lokalne warunki musiałem zwrócić uwagę na ostateczną wysokość roślin. Należało jednak sprawdzić, czy te specyfikacje dotyczące wielkości mogą mieć zastosowanie również w uprawie na wolnym powietrzu.

Warunki Środowiskowe:

Kiełkowanie zawsze wykonuję tą samą metodą: najpierw nasiona moczę w wodzie przez kilka godzin, co najwyżej 2 godziny. Następnie umieszczam pomiędzy dwoma lekko wilgotnymi ręcznikami papierowymi, które z kolei umieszczone są pomiędzy dwoma talerzykami odwróconymi do siebie do góry nogami. Całość pozostawiam do wykiełkowania w lekko podwyższonej temperaturze pokojowej.

W tym przypadku przez pierwszy tydzień wykiełkowane już nasionka trzymałem wyłącznie pod lampą fluorescencyjną o chłodnej białej barwie o mocy 36 W. W tym czasie młode sadzonki otrzymywały 20 godzin światła. Następnie w ciągu dnia umieszczałem podrastające rośliny na balkonie na kilka godzin, aby przyzwyczaić je do (tej wiosny mokrej i zimnej) pogody. To było w połowie czerwca.

Wcześniej uprawa nie miałaby sensu z dwóch powodów. Po pierwsze, między kwietniem a czerwcem 2016 r. pogoda była wyjątkowo deszczowa i zimna. Z drugiej strony, nie chciałem mieć w ogrodzie ogromnych choinek, ponieważ są one zbyt łatwo zauważalne. Skracając okres wegetacji do oczekiwanego przejścia do kwitnienia, miałem nadzieję, że będę w stanie utrzymać umiarkowaną wysokość na zewnątrz. Kiełkowanie nasion na początku czerwca na szczęście zbiegło się w czasie ze zmianą pogody na letnią. Dlatego też młode rośliny od samego początku otrzymały wystarczającą ilość światła.

Pogoda w nadchodzących tygodniach wzrostu była stosunkowo dobra. Dlatego też rośliny stały teraz na południowym balkonie, aby otrzymywać jak najwięcej światła. Wieczorem brałem je do środka. W trzecim tygodniu wzrostu rośliny udały się na swoje ostateczne miejsce. Ogród, w którym rośliny otrzymywały sześć do siedmiu godzin bezpośredniego nasłonecznienia, o ile pozwalała na to pogoda. Do tego dochodziły jeszcze trzy do czterech godzin stonowanego światła. Optymalne dla wzrostu było to, że w tym czasie dominował najdłuższy dzień w roku.

Uprawa

Kiełkowanie:
24 godziny po rozpoczęciu kiełkowania, wstępny wynik był następujący: Wszystkie nasiona pomyślnie wykiełkowały. Uważam to za niezwykle satysfakcjonujące, ale z drugiej strony nie spodziewałem się niczego innego po Royal Queen Seeds. Jednak już na początku było widać, że młode sadzonki osiągały różne rozmiary w tym samym okresie. Było to pierwsze odniesienie do oczekiwanej niejednorodności roślin pod względem wzrostu.

Jeśli chciał byś się dowiedzieć jak kiełkować nasiona konopi, to w artykule pod tytułem: Kiełkowanie Nasion Marihuany, Różne Sposoby dowiesz się jak to zrobić.

Uprawa:
Najpierw sadzonki zostały umieszczone w biodegradowalnych doniczkach kartonowych wypełnionych luźną mieszaniną 70 procent gleby doniczkowej i 30 procent perlitu. Podlewałem tylko wapienną wodą. Pod koniec pierwszego tygodnia rośliny były dobrze ukorzenione i silne. Teraz mogłem je zamienić na donice 5 x 5 cm. W tym przypadku pożywka składała się z mieszaniny: 60% gleby uprawnej, 30% kokosu i niewielkiej ilości perlitu, w celu lepszego napowietrzania korzeni i drenażu.

W ciągu następnych dwóch tygodni młode rośliny rozwijały się bardzo dobrze, co z pewnością było nie mniej ważne z powodu stale poprawiającej się pogody. Dużo słońca w ciągu dnia, a następnie wieczorem przez dwie do trzech godzin pod jarzeniówką, na pewno dało się to odczuć w zdrowym wzroście.

Pod koniec drugiego tygodnia zacząłem stosować lekkie nawozy, ponieważ dowiedziałem się, że Amnesia Haze ma wysokie wymagania żywieniowe. W tym czasie brałem tylko połowę zalecanego przez producenta stężenia nawozu. Używałem Terra Grow od firmy Plagron, litr za 10,90 euro.

Tydzień później rośliny w doniczkach były zdrowe i dobrze odżywione. Teraz stało się jasne, że istnieją dwa różne fenotypy, które powstały z nasion pod nazwą Amnesia Haze. Stosunek ten wynosił prawie 50 procent do 50 procent. Tylko jeden egzemplarz wykazywał zmieszane cechy tych dwóch fenotypów. Nie aż tak podłużne, ale nieco gęstsze międzywęźla i nieco szersze liście.

Podczas gdy rozgałęzione okazy o dominacji sativy wykazywały wyraźnie widoczne rozciągnięcie całej rośliny i większe odległości pomiędzy międzywęźlami, to rośliny zdominowane przez indicę zachowywały się tak, jak typowe indici. Zwarty wzrost, niewielkie odległości między międzywęźlami, wyraźnie szersze liście. Różnica między największą i najmniejszą rośliną w tym czasie wynosiła prawie 10 centymetrów. Ale wszystkie okazy już o tej porze, w trzecim tygodniu wzrostu, dość smacznie pachniały. To dało mi nadzieję.

Przesadzenie i miejsca uprawy na zewnątrz:
23 dnia po wykiełkowaniu zdecydowałem się na przetransportowanie młodych roślin na ich ostateczne miejsce. Pogoda była ładna i ciepła, przez jakiś czas nie powinno padać, a i nie było jeszcze nigdzie ślimaków. To one zawsze są ostatecznym kryterium dla młodych roślin outdoorowych. Transport był trochę trudny, bo droga była tym razem trochę dłuższa niż zwykle. Ale o wczesnej porze dnia na drodze było niewiele osób, więc nie zwróciłem niczyjej uwagi z moim pudełkiem pełnym roślinek.

Przesadziłem je do bulw 12-15-litrowych, jak również do bulw 40-litrowych, przy czym w każdej umieściłem po trzy rośliny według fenotypu. Powinno to dać maluchom wystarczająco dużo miejsca na rozwój korzeni w ciągu najbliższych tygodni.

Już wcześniej, wczesną wiosną, wymieszałem i składowałem ziemię pod uprawę, aby mogła dojrzewać. Składała się ona z 60 procent lekko wstępnie nawożonej gleby doniczkowej pochodzącej ze sklepu ogrodniczego, wzbogaconej o 30 procent perlitu. Około dziesięciu procent (całkowitej ilości) ilastego osadu mineralnego zapewniło zrównoważoną równowagę mineralną w podłożu, co jest korzystne również w suche dni, ponieważ wiąże wodę.

W celu utrzymania poziomu pH pomiędzy 6,0 a 6,5, zastosowałem wapno ogrodowe, ale nie było to wymagane. Połączenie deszczu i wody z kranu o wysokim stopniu twardości utrzymało wszystko na odpowiednim poziomie. Ogólnie rzecz biorąc, chciałem, aby moja uprawa była jak najprostsza i nie wydawałem ogromnych sum pieniędzy na wszelkiego rodzaju optymalizatory plonów i smaku.

Na końcu te wszystkie dodatki i ulepszacze gdzieś zostają i to z pewnością nie w ziemi, a w tym, co będziemy konsumować. Gdybym w trakcie uprawy stwierdził, że potrzebuję więcej azotu lub fosforu niż podaje producent na opakowaniu, chętnie sięgam po wióry rogowe i mączkę z krwi. Dzięki takiemu wyposażeniu można było teraz sprawdzić, czy młode rośliny będą się tak dobrze rozwijać, jak to zawsze w przeszłości miało miejsce.

Ogród ma dwa miejsca, z których jedno jest nieco bardziej osłonięte i otrzymuje trochę mniej słońca. Drugie znajduje się pod nasłonecznionym murem, ale jest łatwiejsze do zauważenia. W ostatnich latach często przez kilka miesięcy oblewał mnie mokry pot w obawie przed tym, że moje rośliny ktoś zauważy. Tym razem postanowiłem więc zabezpieczyć moją uprawę przed wścibskimi oczami i zbyt dużą ilością wody z góry szklarniami na pomidory.

Rośliny otoczyłem biodegradowalnymi granulatami przeciwko ślimakom, aby chronić je przed nimi uchronić. Ilekroć przewidywano dobrą pogodę na najbliższe dni, wystawiałem rośliny na zewnątrz. Utrzymywałem to, dopóki nie poczułem, że rośliny osiągnęły krytyczną wielkość od 80 do 90 centymetrów. Potem już tylko trzymałem je w szklarni.

Outdoorowe pomieszczenia uprawy, czyli szklarnie:
Jak wiadomo, szklarnie foliowe mają kilka wad: wilgoć, ciepło i często występujące w nich szkodniki. Byłem tego świadomy. Niemniej jednak zdecydowałem się na zastosowanie tej metody, ponieważ uznałem, że ryzyko to jest porównywalnie możliwe do opanowania. Za tą osłoniętą miejscówkę, czyli przezroczystą szklarnię o powierzchni 3 metrów kwadratowych z kalenicą i folią siatkową zapłaciłem 30 euro.

Dodatkowo w słonecznym i gorącym miejscu umieściłem też folię o powierzchni około dwóch metrów kwadratowych, również z zieloną folią siatkową. Aby uzyskać kontrolę nad panującym w środku klimatem, wyciąłem kilka otworów wentylacyjnych w obu foliach. Pozwoliło to na ukośną cyrkulację powietrza w obrębie pomieszczeń. Dzięki temu nie powstały żadne tunele cieplne ani wilgotnościowe.

W tym samym czasie podwinąłem dolne 50 centymetrów folii w większej szklarni do środka i przymocowałem, podczas gdy w mniejszej zostawiłem nieco otwarty zamek i rozciągnąłem go. W ten sposób powietrze niczym wentylacja mogło dostawać się do środka od dołu, więc środowisko zewnętrzne samo świetnie cyrkulowało.

Myśląc na zaś, w celu przygotowania namiotów do oczekiwanej chłodniejszej i bardziej wilgotnej pogody w późniejszym okresie kwitnienia, trochę zmodyfikowałem większy namiot. Chodziło o to, że prawdopodobnie nie da się całkowicie uniknąć kondensacji wody wewnątrz namiotu. Aby pąki, które do tej pory będą już pokaźne, nie pleśniały, powietrze w pomieszczeniu musiało jeszcze bardziej cyrkulować. Więc zainwestowałem kolejne 35 euro w mały system energii słonecznej.

Urządzenie to ma moc wyjściową pięciu watów, co teoretycznie pozwala na pracę dwóch wentylatorków komputerowych. Do paneli słonecznych podłącza się rozdzielnicę, akumulator do pośredniego magazynowania prądu i obciążeń. Kiedy świeci słońce, bateria jest ładowana. Energia ta jest zużywana, gdy nie świeci słońce, a więc nie ma dostępu do energii elektrycznej. To też dobrze wyszło.

Jednak nauczyłem się również, że sensowne jest podłączenie bezpiecznika pomiędzy obciążeniem a wyjściem obciążenia, aby w przypadku dużych wahań napięcia, przepięcia lub nagłej utraty napięcia nie puścił wentyl. To zdarzyło mi się raz. Patrząc na wynik to uważam, że całość była dobrym pomysłem. Jestem przekonany, że ta konstrukcja pomogła później zapobiec przedwczesnemu wzrostowi pleśni w październiku, ale więcej na ten temat za chwilę.

Klony:
Pomiędzy 23 i 30 dniem wzrostu, rośliny Amnesii wyraźnie zwiększyły swoją masę/ wysokość. Fenotypy sativy rozciągnęły się i potwierdziły swoje pochodzenie, podczas gdy okazy indici stały się bardziej krzaczaste. Czytałem, że odmiana reaguje całkiem dobrze na przycinanie. Powinno to pomóc bardziej kontrolować końcową wysokość. Chciałem również uniknąć konieczności ciągłego zwracania uwagi na masywne topy podczas długiego okresu kwitnienia. Dlatego w połowie czwartego tygodnia wzrostu pobrałem z roślin klony.

Z ośmiu wyciętych klonów wszystkie się przyjęły. Optymalna wydajność. Sadzonki pozostawały pod świetlówkami przez około dwa tygodnie, a następnie zostały wyniesione na ogród. To był ostatni tydzień lipca. Podobnie jak w przypadku pierwszych roślin, w pierwszych dniach uprawy na wolnym powietrzu sadzonki również zwiększyły swoją wysokość (sativy) i masę (indici).

Ponieważ jest to odmiana nieautomatyczna, to oczywistym było, że dla fazy wegetatywnej pozostało niewiele czasu z całego lata. Rośliny macierzyste sadzonek na wzrost miały już około sześciu tygodni czasu. Z wysokościami od 60 do prawie 90 centymetrów, były one w granicach tego, czego oczekiwałem. Po niecałym tygodniu w ogrodzie sadzonki zwiększyły swoją wielkość prawie dwukrotnie. Teraz trzeba było czekać na początek kwitnienia.

Faza Kwitnienia:
Od końca pierwszego tygodnia sierpnia do połowy sierpnia wszystkie rośliny wykazały wstępne kwitnienie i zapowiadały koniec fazy wegetatywnej. Dotyczyło to zarówno sadzonek jak i matek. Trochę mnie to zaskoczyło, że oba rodzaje roślin były niemalże jednocześnie gotowe do rozpoczęcia kwitnienia. Od tego czasu zmieniłem nawożenie na Terra Bloom. Jednak do wody dodawałem nawóz tylko co drugie podlewanie. Ponadto, zawsze wzbogacałem wodę tlenem, w formie tabletek ze sklepu zoologicznego. Eksperci mogą spierać się o ich skuteczność. Ja uznałem, że może to być dobre dla moich roślin.

Fenotypy indici miały nieco przewagę, jeśli chodzi o kwitnienie, ale po 14 dniach kwitnienia wszystkie rośliny szły łeb w łeb. Ale przybrały też na wzroście, dlatego cieszyłem się z mojego przycinania. Podczas gdy przycinane rośliny tworzyły wiele umiarkowanie dużych i mniejszych pąków, klony tworzyły jedną główną colę, której tak bardzo się obawiałem podczas kwitnienia. No ale przecież miały one tylko jeden czubek.

Wrzesień i 50 dzień kwitnienia właśnie minęły i do tego czasu mieliśmy prawie optymalne lato. Teraz jednak noce były chłodne, a różnica między temperaturą w dzień i w nocy powodowała zwiększoną kondensację w namiotach. W większym namiocie mój autorski system wentylacji na baterie słoneczne nie zapobiegał wprawdzie kondensacji, ale utrzymywał powietrze we wnętrzu w ciągłym ruchu. W ten sposób zredukowałem gromadzenie się wilgoci, szczególnie w największych colach. Drugi namiot po prostu bardziej otworzyłem. Łącznie musiałem sięgnąć po nożyczki tylko kilka razy przed żniwami i straciłem około pięciu gramów suszu z powodu pleśni. W przeszłości miałem jednak już gorsze przeżycia.

Od połowy października pogoda stała się niestabilna, a liczba godzin słonecznych gwałtownie spadła. Oznaczało to zwiększoną wilgotność i zwiększone ryzyko powstawania pleśni. Ponadto, największe okazy sativy osiągnęły niezwykłe rozmiary ponad 1,50 metra i zbliżały się do dachu namiotu. Dlatego w połowie października zacząłem zbierać najtłustsze rośliny. Pod koniec października ukazały się ostatnie egzemplarze. Około połowa roślin już w tym czasie wykazywała wyraźne oznaki zakończonego kwitnienia: mlecznego koloru włośniki, brązowawe włoski kwiatowe. Dlatego nie miałem wyrzutów sumienia, aby zebrać rośliny już po 60 – 70 dniach.

Jasne, można było wycisnąć jeszcze gram lub dwa więcej, ale to było dla mnie zbyt ryzykowne. W tym czasie mógłbym stracić dziesięć razy więcej przez pleśń, więc byłem zadowolony. Kwiaty były jędrne, lśniące, srebrzyste i pachnące słodko ciężkim zapachem.

Zbiory:
W domu rośliny najpierw powiesiłem na trzy dni na ciemnym, suchym strychu. Następnie umieściłem je w chłodnym pomieszczeniu, gdzie pozwoliłem im suszyć się przez kolejne trzy dni. Ze względu na ciemność i powolne wysychanie chlorofil uległ rozkładowi i smak miał być lepszy, taką miałem nadzieję. Ostatecznie, dwa pytania pozostały bez odpowiedzi: ilość i jakość.

Od samego początku było jasne, że reklamowane przez producenta wielkości zbiorów w tym kraju nie będą osiągalne. Producent odnosi się również do optymalnych warunków geograficznych, które znajdują się gdzieś pomiędzy Afryką, Kalifornią i Australią. To, czy tamtejsze rośliny przekroczą granicę 700 gram, podlega dyskusji.

Ze względu na ten fakt oraz na fakt, że moje rośliny były zbierane od trzech do czterech tygodni przed właściwym osiągnięciem dojrzałości, byłem dość zadowolony z mojego wyniku. Ostatecznie obydwa fenotypy dały taką samą ilość plonu. Zróżnicowana była tylko wielkość i liczba kwiatów. Jednak plon roślin matecznych był około 30 do 40 procent wyższy niż plon z klonów. Ostateczny zbiór wyniósł średnio około 30 gramów wysuszonych i trymowanych kwiatów. Czyli wiele poniżej podanej przez producenta wagi, ale za to z dosyć przejrzystymi wydatkami i zastosowaniem odżywek. Był to kompromis pomiędzy oczekiwaniami, klimatem i wiedzą na temat uprawy.

Jakość:
Pozostaje kwestia jakości zebranych pąków i na szczęście nie było tu żadnych niespodzianek. Oczekiwałem doskonałej jakości i to właśnie na końcu trzymałem w rękach. W porównaniu do kwiatów uprawianych w pomieszczeniach, moje smakują subtelnie, ale z pewną dozą świeżości. Jest to bardziej widoczne w fenotypach sativy, podczas gdy okazy zdominowane przez indicę są nieco bardziej rustykalne w smaku. Istnieją również zauważalne różnice, jeśli chodzi o działanie. Oba warianty są mocne. Wątpliwe jest, czy w moich warunkach osiągnęły 20% poziom THC, ale jedno jest pewnie, że dla początkujących będą zdecydowanie za mocne.

Indici dają mi przyjemne uczucie ciepła w całym ciele, w połączeniu z lekką blokadą na kanapie. Poza tym jest jednak odczuwalny haj, który pobudza moje myśli i jest fajny do czytania lub słuchania muzyki. Z drugiej strony, sativy, pewnie ucieszą wielu koneserów Haze’a, bo uderzają prosto w mózg. Zdecydowanie nie chciałbym pod ich wpływem prowadzić poważnych rozmów z szefem.

Wniosek:
Pomimo nieco rozczarowujących zbiorów, jestem bardzo zadowolony z osiągniętego wyniku. Być może życzyłbym sobie większej jednorodności genetycznej roślin, ale i tak efekty tych dwóch różnych fenotypów całkowicie mnie satysfakcjonują. Co więcej, mogę teraz wybrać, jaki efekt preferuję, w zależności od planowanego działania. Ogólnie rzecz biorąc, Amnesia Haze jest z pewnością jedną z najlepszych odmian, jakie dotychczas uprawiałem. Jeśli przypadkiem zostanę właścicielem nieruchomości w Hiszpanii, gdzie uprawa na własny użytek jest legalna lub wreszcie nastąpi legalizacja w krajach Środkowej Europy, jak w Niemczech czy w Polsce, to Amnesia Haze na pewno znajdzie się na szczycie mojej listy zakupów.

Jeśli szukasz sprawdzonego sklepu w którym można kupić nasiona marihuany tej odmiany, to polecam Ci sklep THC-THC, który jest dystrybutorem marki RQS. W nim kupisz Amnesie Haze oraz Amnesie Haze Automatic od Royal Queen Seeds.


0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.


tematy o marihuanie thc oraz konopi cbd na narkus
Copyright © Narkus.pl